Pionierskie wyprawy
Z dyrektorem Akademickiego Liceum i Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu – Bogusławem Kołczem rozmawia Wojciech Waliszewski
Czy można Pana nazwać miłośnikiem podróży?
- Pewnie jak każdy z nas, jestem z natury wędrowcem. Sam mógłbym się nazwać pedagogiem - podróżnikiem. Mam już kilkunastoletnie doświadczenie w organizowaniu wycieczek szkolnych, w czym łączę cel zarówno wychowawczy, jak i dydaktyczny. Organizowane przeze mnie wyprawy odbiegają w znacznym stopniu od tradycyjnych standardów. Fachowcy od metodyki i dydaktyki nauczania z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którym opowiadam o swoich wyprawach, namawiają mnie nawet, abym napisał książkę o organizowaniu wycieczek szkolnych. Uznają, że taka książka może być nowatorska i pożyteczna na rynku edukacyjnym.
Czy dla Pana te wędrówki są poszukiwaniem odpowiedzi na jakieś konkretne pytania?
- Wycieczka jest dla mnie zawsze dreszczem emocji. Za każdym razem staram się być pionierem w przecieraniu pewnych szlaków i uświadamiam uczniom niezwykłą szansę, jaką mają w skorzystaniu z kolejnej wyprawy. Muszą to być wyprawy związane z poszukiwaniem jakiejś tajemnicy, jakiejś niespodzianki. Muszą to być wyjazdy, które dadzą satysfakcję, że zobaczyliśmy coś, co do tej pory funkcjonowało tylko w sferze marzeń, o czym kiedyś czytaliśmy, rozmawialiśmy na lekcjach, co oglądaliśmy gdzieś na małym czy dużym ekranie. W pierwszym roku pracy, kilkanaście lat temu, zacząłem od „banalnych” stosunkowo wycieczek do Krakowa. Już wtedy starałem się zagospodarować uczniom maksymalnie dostępny na wycieczce czas – od magicznych miejsc na Skałce, czy w Collegium Maius, po galerie malarstwa, Kazimierz, szlaki Wyspiańskiego czy Schindlera. Nie rozpuszczałem tych ufających mi uczniów po sklepach, pizzeriach, Mc Donald’sach, nie jeździłem do prastarego grodu na lody, basen, czy do kina. Pasjonowało mnie odkrywanie i objaśnianie uczniom tajemnic kultury. Potem – wraz z zamiłowaniem wyniesionym ze studiów - wczytywałem się w książki Barbary Wachowicz na temat kresów i podróży śladami wielkich romantyków. Jej wędrówki miały posmak zakazanego owocu i otwierania magicznego sezamu. Kresy stały się moim pierwszym obszarem tęsknot. B. Wachowicz niezwykle sentymentalnie opisywała dawną Polskę, a dziś - Ukrainę, Białoruś i Rosję, i doszedłem pewnego dnia do wniosku, że byłoby cudownie móc w ślad za nią tam ruszyć.
Od kiedy jeździ Pan na takie wyprawy?
- Od 1994 roku wyjeżdżam z młodzieżą tam, gdzie praktycznie poza mną nikt nie jeździ. Jedną z pierwszych moich szkolnych eskapad był na przykład dwutygodniowy pobyt w Izraelu. Byłem z młodzieżą w Tel Avivie, na Wzgórzach Golan, byliśmy w Jerozolimie, płynęliśmy po jeziorze Genezaret, zanurzyliśmy się w rzece Jordan.
Jak wspomina Pan wyprawy w te niebezpieczne przecież rejony?
-Poza wyprawą do Izraela – fascynującego kulturowo i tak związanego przecież z Polakami kraju na świecie – wyjazd ten traktowaliśmy jak pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Musieliśmy więc już wtedy, gdy toczyła się – jak zresztą od zawsze i do dzisiaj - wojna izraelsko – arabska – być także w Betlejem, w którym nie bywają nawet Izraelczycy. Organizatorzy nie chcieli nas tam zabrać (wszak jest to teren Autonomii Palestyńskiej), gdyż nie potrafili wziąć za nas odpowiedzialności. Pukali się w głowę i dziwili się mojej determinacji. Ja się jednak uparłem i dzięki ambasadzie polskiej w Tel Avivie otrzymaliśmy specjalny transport. Nasza grupa była bardzo serdecznie przyjęta w Betlejem. Odcięci przez blokadę izraelską od świata zewnętrznego Palestyńczycy witali nas z uśmiechem i szeroko otwartymi rękami. Spędzaliśmy też kilka dni w Natanii – mieście partnerskim Nowego Sącza w Izraelu, gdzie tuż przed naszym przyjazdem wybuchły dwie bomby.
Część uczniów zrezygnowała z tego powodu z wyprawy, ale kilkunastoosobowa grupa pojechała i nikt tego nie żałował. Od tamtego czasu zresztą, ze względu na napiętą sytuację polityczną, Izrael wycofał się z przyjmowania zorganizowanych grup młodzieży polskiej.
Jakieś inne pionierskie wycieczki?
- Byliśmy też wiele razy na Litwie, Łotwie i Białorusi. Udało się nam być na Litwie zaraz po odzyskaniu przez nią niepodległości. Widzieliśmy zniszczone jeszcze po rządach komunistycznych Wilno. Spaliśmy w zaprzyjaźnionej szkole w bardzo spartańskich warunkach. Ale chodziliśmy śladami Mickiewicza, Słowackiego, filomatów i filaretów. Zostaliśmy też przyjęci na Litwie przez polskich patriotów. Byliśmy na Polskim Uniwersytecie, który heroicznie walczył o swoje prawa. W trakcie tej wyprawy odkrywając „krainę pamiątek” stanęliśmy nad Wilią i Niemnem, dotarliśmy też nad jezioro Świteź, które leży już na terytorium Białorusi. Pływaliśmy po najbardziej z romantycznych jezior, smakowaliśmy u źródeł romantyczne ballady i spaliśmy na gołej ziemi bezpośrednio nad wodą, gdzie kiedyś sam wieszcz Adam „dwa oglądał księżyce”. W 2001 roku – jako pierwszej sądeckiej grupie - udało się nam dojechać do Katynia. Po całonocnej podróży z Nowogródka, przekroczyliśmy granicę białorusko – rosyjską, kluczyliśmy wokoło Smoleńska i Witebska, by wreszcie odszukać schowany daleko od głównej drogi, pośród lasów polski cmentarz wojskowy. Przygotowywani bardzo długo do tej wyprawy, ucałowaliśmy ziemię zroszoną polską krwią, oddaliśmy hołd tym, którzy przez lata sowieckiej okupacji skazani byli na nieistnienie w naszej narodowej pamięci.
A kierunek zachodni?
- Oczywiście jeździmy też na zachód Europy. Wszędzie staramy się szukać śladów i związków z literaturą. Podczas podróży do Paryża nie siedzimy w Disneylandzie, lecz w galeriach Luwru i wśród grobów romantyków, odwiedzamy Bibliotekę Polską i Hotel Lambert, a w Maisons-Laffitte siedzibę „Kultury” paryskiej. Tam spotykamy się m.in. z sędziwym Henrykiem Giedroyciem, bratem Jerzego, który przez ponad pół wieku na obczyźnie „redagował Polskę”. Podczas zwiedzania Włoch jesteśmy u Romea i Julii w Weronie, w Galerii Uffizi we Florencji, odwiedzamy Uniwersytet Padewski i kościółek świętego Damiana w Asyżu. W Rzymie nie kończymy tylko na Watykanie, ale np. udajemy się na plac Campo di Fiori, by poczytać słynny wiersz Czesława Miłosza, wkładamy rękę do Ust Prawdy znanych z filmu „Rzymskie wakacje”, kontemplujemy „Ekstazę świętej Teresy” w kościele Santa Maria della Vittoria. W Niemczech idziemy do grobu Goethego i Schillera w Weimarze i pijemy kawę w faustowskiej piwnicy Auerbacha w Lipsku. W antycznej Grecji wsłuchujemy się w melodię teatru w Epidauros, a w Mykenach stajemy przed grobem Agamemnona i czytamy słynny wiersz Słowackiego.
Czy są jeszcze dla Pana jakieś niedostępne miejsca?
- Z różnych powodów wydawało mi się, że nigdy nie dotrzemy do Stanów Zjednoczonych. A w tym roku, w sierpniu organizujemy właśnie taką wyprawę. Udajemy się w długą podróż przez kaniony i prerie śladami westernów. Wzniesiemy się nad kanionem Kolorado, staniemy przy wodospadzie Niagara, będziemy nocować w indiańskich rezerwatach, wśród bizonów i sekwoi. A przy okazji zwiedzimy Nowy Jork, Chicago, Filadelfię, San Francisco, zobaczymy Hollywood, Alcatraz, Las Vegas i Manhattan. Będzie to na pewno nowe i fascynujące doświadczenie. Czyli – jak mówię uczniom przed każdą wyprawą – doświadczenie życia.
A czy jest takie miejsce, którego Pan dotąd nie widział, a koniecznie chciałby Pan pokazać swoim uczniom?
- Jest oczywiście wiele takich miejsc. Ciągle mnie coś kusi i chciałbym na przykład pojechać na Krym, podążyć śladami Sonetów Krymskich. Pokazać uczniom jak w rzeczywistości wygląda Bakczysaraj, Czatyrdah, stanąć z nimi przy Judahu skale. Chciałbym być też w Konstantynopolu, gdzie umarł Mickiewicz, albo na Cyprze - tam, gdzie wg mitologii urodziła się Afrodyta. Chciałbym pojechać na Majorkę – arkadię Chopina, i w tundrę syberyjską – apokalipsę pokoleń Polaków. Pomysły rodzą się, jak grzyby po deszczu. Problem polega na tym, że moi uczniowie są w naszej szkole tylko trzy albo sześć lat i ciężko zobaczyć przez ten okres wszystkie ważne miejsca, a trzeba przecież poznać jakiś kanon.
Czy te wycieczki są układane w jakąś kolejność?
- Pierwszoklasiści zaczynają od wycieczek na kresy południowo - wschodnie. Tam stajemy przed twierdzami i zamczyskami związanymi z polską historią od czasów średniowiecza: we Lwowie, Kamieńcu Podolskim, Zbarażu czy Chocimiu. Poznajemy Krzemieniec nad Ikwą, Okopy Świętej Trójcy, Rudki Fredrowskie. W kolejnym roku wyruszamy na Litwę i Białoruś, zabieramy młodzież do Paryża, a w trzeciej klasie do Włoch.
Jakie miejsce wzbudza największe emocje wśród uczniów?
- Z każdego miejsca można zrobić wzruszające miejsce, ale każde może być też takim, którego nikt nie zapamięta. Uważam, że te miejsca, które zostają uczniom w pamięci to te, na których mamy spokój i czas. Te, gdzie udaje się wydobyć aurę niezwykłości i magii, w których mogę ich zapalić rangą tego miejsca, wywołać duchy przeszłości, wskazać ważny kontekst literacki i kulturowy.
Dzięki takim wyjazdom rozsławiacie zapewne nasze miasto...
- Nasze wyjazdy są zawsze związane z reprezentowaniem miasta. Zawsze staram się zainteresować naszymi wyjazdami kolejnego prezydenta czy władze Nowego Sącza. Wozimy ze sobą listy oficjalne do władz miejscowości, które odwiedzamy. Wręczamy nasze regionalne upominki i albumy, jesteśmy ambasadorami Sądecczyzny i Polski. Zostawiamy wieńce z szarfami sądeckimi na kresowych cmentarzach. Prowadzimy korespondencję, przyjmujemy rewizyty gości z zagranicy. W chwili obecnej na przykład- o czym nie wszyscy wiedzą - głównie na naszej szkole spoczywa utrzymywanie partnerskich kontaktów Nowego Sącza z Natanią w Izraelu, czy Trokami na Litwie. Rozsławiliśmy Nowy Sącz w Rosji, a od kilku lat prowadzimy cotygodniowy sądecki przegląd wiadomości w Radiu Polonia w Detroit.
Jakie pamiątki przywozicie z tych wypraw?
- Przede wszystkim sentymentalne. Wodę ze Świtezi i wodę z Niemna. Kamienie i ziemię z grobów i cmentarzy. Listek z drzew altany w Tuhanowiczach, gdzie Mickiewicz żegnał się z Marylą Wereszczakówną. Autograf Henryka Giedroycia czy Teresy Bohatyrowicz. Kasztany z Wysokiego Zamku we Lwowie i krzemienie z Krzemieńca. I setki, tysiące zdjęć, stosy lokalnych przewodników, sterty notatek. Ale dla moich uczniów są to cenniejsze pamiątki, niż jakieś plastikowe bibeloty, wisiorki i cały - wszystkim dobrze znany - turystyczny kicz..
Jakie stereotypy udało się Panu przezwyciężyć podczas tych wycieczek?
- W Izraelu staraliśmy się uświadomić młodym żydowskim przyjaciołom, że Polska to nie antysemicki kraj i że nie jest prawdą, że każdy Polak nienawidzi Żydów. Pokazaliśmy także, że jesteśmy wykształconymi, cywilizowanymi ludźmi, którzy - wbrew tamtejszym stereotypom - nie mieszkają w buszu, wiedzą co to pralka i lodówka, potrafią się ładnie ubrać i zachować światowo. Nasza młodzież przekonała się z kolei, że Izrael to nie kraj samych ortodoksyjnych Żydów, że jego mieszkańcy potrafią się także cieszyć życiem w czasach wiecznego zagrożenia, że jest to turystyczny raj dla każdego człowieka na Ziemi. Ostatnio byliśmy na przykład w Sankt Petersburgu. Młodzież jechała tam z przekonaniem, że to zacofany Wschód, a tymczasem otworzyła się przed nami jedna z perełek Rosji, ociekające złotem carskie pałace, cudowne ogrody, parki, fontanny – Newski Prospekt, Newa, białe noce i … cudowni ludzie. My z kolei uświadamialiśmy Rosjan, jak to rzeczywiście było z tymi stosunkami polsko-rosyjskimi, z polskim panami, z carycą Katarzyną i rozbiorami, z sowiecką okupacją i sowieckimi mordami na Polakach. Pokazywaliśmy także, że młodzi ludzie patrzą na przyszłość inaczej. Z satysfakcją stwierdzam, że na każdej wyprawie nasza młodzież wystawia Polakom i Polsce jak najlepsze świadectwo kultury, znajomości języków obcych, inteligencji i wiedzy.
Co takie wycieczki dają uczniom?
- Na pewno moi uczniowie przekonują się, jaki świat jest naprawdę. I że stoi przed nimi otworem. Spotykają się z różnymi kulturami, przełamują stereotypy. Uczą się historii, literatury, geografii. Potrafię każdemu udowodnić, że dobrze spędzony tydzień na Kresach, czy w Paryżu daje więcej, niż nudny rok szkolny w stereotypowej szkole. Moi uczniowie przechodzą najwspanialszy na świecie kurs patriotyzmu. Podczas wizyty na zmaltretowanym Cmentarzu Orląt, w czasie podróży przez ubogie białoruskie wioski, uczniowie są dumni, że są Polakami. Zaczynają doceniać swoją ojczyznę, na którą tak często narzekają.
Podróżuje Pan ze swoimi uczniami po całym świecie. A co z Sądecczyzną?
- Jesteśmy także patriotami lokalnymi. Organizujemy rajdy po szlakach turystycznych w Beskidzie Sądeckim. Przemierzamy szlak małopolskiej architektury drewnianej. Nasza młodzież doskonale wie, kto to był Nikifor, Hasior czy Barbacki. Jeździmy również w dalsze okolice- do Krynicy, Zakopanego i regularnie do Krakowa i to nie tylko po to, aby zobaczyć smoka wawelskiego. Potrafimy wspaniale pokazać naszą dużą i małą ojczyznę licznym gościom, którzy nas odwiedzają. Kilka tygodni temu uczestniczyliśmy w realizacji filmu telewizyjnego prezentującego żydowskie miejsca pamięci w Nowym Sączu. Prowadzimy dokumentację związków Nowego Sącza ze Lwowem i Krzemieńcem. Współpracujemy z wybitnymi Sądeczanami rozsianymi po Polsce i świecie. Uczestniczymy w projekcie „Patriotyzm jutra” organizowanym przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. A to, że stare powiedzenie „podróże kształcą” w Akademickim Liceum i Gimnazjum sprawdza się idealnie – potwierdzić mogą wyniki egzaminów końcowych. Nasi uczniowie od lat uzyskują najwyższe wyniki egzaminów gimnazjalnych i maturalnych w Polsce, a absolwenci liceum studiują dziś na tak „egzotycznych” kierunkach, jak ukrainistyka, arabistyka czy sinologia.
|